KARAWANA ZDRAJCW, autor: Rawdan


  Ju trzeci dzie karawana wleka si z Redding do New Reno. Nie byo w tym nic dziwnego. Powolne brahminy z trudem cigny skrzypice przyczepy przykryte plandekami. Unoszcy si pustynny piach wpada do oczu, uszu a nawet do ust jeli kto zbyt czsto gada. Silnie wiejcy wiatr zagusza pomrukiwania ociaych brahminw. To bya chyba jedyna jego zaleta.
  Co jaki czas karawana stawaa, by wydoby ktr z przyczep, gdy ta wkopywaa si w piach. Dziarska eskorta nie naleaa do najlepszych. W wikszoci byli to wdrowni awanturnicy i bezwzgldne kreatury. Tatuae na ramionach niektrych z nich, wiadczyy, e wrd eskorty s take owcy niewolnikw.
  Pochd otwierao trzech "opancerzonych" krtkowosych twardzieli, nazywanych przez reszt eskorty "ludmi salvatore" lub "made man'ami". Ich stalowe pancerze, ktre przywdziewali, odbijay wiato soneczne jak lustra, ale z pewnoci dokuczao im z tego powodu silne gorco. Przecie kady wie jak soce potrafi rozgrza metal, a co dopiero, gdy ten metal nosi si na sobie jak kurtk.
  Zaraz za nimi jechaa pierwsza przyczepa cignita przez dwa brahminy. Ta bya najwiksza. Przed wyjazdem, jeden z owych "ludzi salvatore", Greg, dowdca karawany, chcia przytroczy do przyczepy czworo brahminw, tworzc zaprzg, ktry rzekomo widzia na jakim starym plakacie w Redding. Plakat ten, jak mwi, przedstawia podobne do brahminw zwierzta, lecz chudsze i raczej zwinniejsze, popdzane batem. Niestety musiay to by zwierzta znacznie inne ni te, ktrymi dysponowaa obecnie Pnocna Kalifornia. Greg zdradzi w ten sposb, e jest raczej pocztkujcym dowdc karawan, gdy kady gupi wiedzia, e brahminy nie potrafi chodzi w zaprzgu, w ktrym jeden zwierz szed przed drugim. Zwierzta te mona byo zmusi do cignicia wozw parami, tylko gdy inny brahmin szed obok.
  Nastpne dwie przyczepy byy mniejsze, ale obie do siebie podobne. Te cigny je po dwa brahminy. Po bokach przyczep szli najemnicy, bynajmniej nie sucy dla gangsterskiej rodzinki Salvatore, ktra to urzdowaa w New Reno. Najemnikw zwerbowano kilka dni przed wyruszeniem z Redding. Gdy zakrzyknito w miasteczku, e "potrzebnych bdzie paru ludzi, ktrzy nie boj si zarobi na swojej odwadze", zaraz zebraa si malownicza kompania pena wyrzutkw, pijakw i narkomanw. Byo ich wicej ni Greg potrzebowa do konwojowania karawany, wic z caej tej bandy mieciarzy wybra - a nie byo zbytnio w czym wybiera - samych najlepszych. Oprcz tego, do eskorty przyj te redniego wieku gocia, noszcego stalowy pancerz, podobny do tych, ktre nosili Greg i jego podwadni, tyle e znacznie bardziej "uywany". Okazao si, e owy modzieniec jest tribalem, z jakiej wioski na pnocny zachd od Redding. Dla Grega, jak sam rzek, nie miao to znaczenia.
  Pochd idcy w takim zestawieniu zamykao kolejnych trzech "made man'w" idcych na kocu karawany, za ostatni przyczep. Wygldali tak samo jak ci z przodu. Wygldali jak farmerzy, bo prowadzili za sob, uwizane, trzy "zapasowe" brahminy, ktre w razie potrzeby podmieniay te, ktre nie mogy ju dalej i.
  Obok rodkowej przyczepy, szed Rokie Knors - otyy facet z opalon w socu ys pa - cigle pokopujc nataczajce mu si pod nogi kamienie. Przez dwa dni kady zdy pozna Rokie'go, byego owc niewolnikw i kady wiedzia, e jeli Rokie podkopuje sobie kamienie, to znaczy e szuka "zajcia". Wiadome te byo oglnie, e aden owca niewolnikw - zwanych Slaverami - nie lubi dzikusw. Rokie nie by wrd nich wyjtkiem.
- Ale kurz te mierdziele! - burkn spogldajc na brahminy. Nastpnie spojrza w stron idcego po drugiej stronie przyczepy, modego mczyzn w stalowym pancerzu, tego, ktry jako jedyny w eskorcie by tribalem. - Ale tobie to chyba nie przeszkadza, co Korn?
  Kilku z eskorty wybucho miechem. Modzieniec o surowej twarzy, nazwany imieniem Korn, nie zareagowa.
- Ale zamylony! - zarechota znowu Slaver - Pewnie czeka a ktry z brahminw si zesra.
  Znw kilka napadw miechu.
- Ty Korn! - udawa powag Rokie - W twojej wiosce, Agnoj, Asroyo, czy jak j tam nazwae, pewnie czsto rozmawiacie ze zwierzcym gwnem, co?
  Zwolennicy Rokie'go znw wybuchnli miechem. Korn odwrci si twarz w ich stron i umiechn si.
- Gdyby tak nie byo - rzek spokojnym gosem, nadal umiechajc si szyderczo - to nie rozmawiabym z tob Rokie.
  Sowom Korna zawtroway miechy reszty najemnikw, nawet tych, ktrzy zdawali si trzyma stron slavera. Ten natomiast, jak raony bomb atomow, wydawa si sapa z wciekoci, nie mogc znie tego, e jaki tribal styra go byle skorpiona spotkanego na pustyni. Najemnicy widzc mine Rokie'go jeszcze bardziej, zoliwie miali si. Korn,odwrciwszy gow zpowrotem przed siebie, szed nie zwracajc uwagi na miechy i podjudzajce do bjki okrzyki kompanw.
- Taki, k**wa jeste twardy dzikusie?!! - oczy Rokie'go przepeniy si nienawici, a w jego rce zabyso wiato soneczne odbijane od metalu nagle wydobytej broni. - No to zobaczymy, pobabracu!!
  Huk wystrzau i metaliczny trzask kuli uderzajcej o bro slavera, zlay si w jeden gony dwik. Pistolet zawirowa wypadajc z rki Rokie'go i wpad w piasek. Oczy wszystkich najemnikw zwrciy si na surow twarz Korna trzymajcego w rku wycelowany w gow slavera, pautomatyczny pistolet gotowy do oddania kolejnego strzau.
- Uwaaj pdraku! - rzek spokojnym, powanym gosem - W oczy trafiam jeszcze celniej.
  Teraz dopiero Knors zauway z kim mia do czynienia. Nie rozumia zupenie, jak dzikus o powojennym imieniu Narg, z jakiej postnuklearnej wioski plemiennej, potrafi tak dobrze obsugiwa bro paln. Denerwowao go to tym bardziej, e tribal okaza si by lepszy od niego.
  Salvators'cy ludzie zatrzymali pochd. Do zbiorowiska zbliy si Greg, trzymajc w rku naadowany Combat Shot-Gun. Rzadko miewa poczucie humoru a jego "dupowazscy" podwadni starali si zawsze mu dorwna.
- Co z tob Knors, do jasnej cholery?!! - zakrzykn na sapicego z wciekoci Rokie'go, adujc si w sam rodek "nieporozumienia". - Znowu szukasz zaczepki grubasie?!
  Rokie udawa, e nie sucha. Stara si zapanowa nad sob. - Co ci nie pasuje?! - cign dalej Greg - Masz jaki problem z tolerancj?!! To zabieraj swj sprzt i poegnaj si z dwoma tysicami buck'sw. To ja wynajem Korna. On pracuje dla mnie, tak jak i ty. Rozumiesz klocu? I pki dla mnie pracujesz masz wykonywa moje polecenia. A ty, Korn, uwaaj lepiej z broni dzikusie. Jestecie tu po to, by ochrania karawane a nie tworzy mi tu awantury! Czy to jasne?
- Tak. - potwierdzi Korn chowajc bro. Przez chwil wszystko umilko i nawet brahminy nie jczay sprawiajc wraenie, e rozkazy dowodzcego karawan tycz si take ich.
- Czy to jasne?!! - znw zakrzycza Greg kierujc gos w stron slavera.
- Jasne. - wymamrota Rokie.
- I tak ma by.
  Knors wygrzeba swj pistolet z piasku. Spojrza gniewnie w stron Korna, chowajc bro zpowrotem do kabury.
  Karawana ruszya dalej.

  Po kilku godzinach karawana wjechaa w gste skalne wzniesienia, ktre jeszcze kilka godzin temu, widoczne na horyzoncie, zdaway si by odlegymi, nieosigalnymi szczytami grskimi. Podoe byo tutaj twarde, a wysokie i strome skay, wyrastajce dokoa, daway zadowalajcy, chodny cie. Nawet brahminy zdaway si by zadowolone. Wzniesienia, midzy ktrymi posuwaa si limaczo karawana, tworzyy teraz wwz.
  Mimo tego, rozsdnie byo zachowa ostrono. Kady wiedzia, e w takich skalistych terenach, zwykle zasadzaj si Raidersi, albo - co gorsza - mieszkaj centaury, alieny, skorpiony lub inne plugawe stwory nuklearnego, radioaktywnego haosu. Zdarzay si ju "karawany widmo", takie co wyruszyy z Broken Hills lub NCR i ju nigdy nie dotary do celu swojej wdrwki. Rzadko organizowano grupy poszukiwawcze. Zamiast tego bardziej opacao si wysanie kolejnej karawany, ktra zwykle znajdowaa szcztki poprzedniej. Jeli nie dopisao jej szczcie to i ta wyprawa koczya si podobnie.
  Tymczasem, jakby na zo, na jednym z wyniesie skalnych zachrupa spory, staczajcy si gaz. Turlajc si spycha mniejsze kamienie i pocztkowo cichy chrupot zmieni si w gony chr spadajcych odamkw skalnych. Po chwili chaas ucich a podne wyniesienia zapenio si unoszcym si w powietrzu piaskiem. Wielu, ktrzy nie pierwszy raz podrowali jako ochrona konwoju, wiedzieli, e zazwyczaj tego typu zdarzenia oznaczaj kopoty.
- Strzela bez rozkazu! - zakomenderowa Greg.
  Rozlegy si trzaski przekadanych zamkw w pistoletach i przeadowywanie shot-gunw. Lufy broni kadego eskortujcego, skieroway si w gr, gotowe do strzau.
  Na szczycie skalistego wzgrza ukazaa si, zielonkawa, dua gowa supermutanta a obok niej druga i trzecia. Ich nage ryki wypeniy skalisty wwz gonym echem. Wygldao na to, e nie maj broni.
  Pierwszy wypali Nox, byy grnik z Redding. Tak samo jak wszyscy tamtejsi grnicy, by uzaleniony od Jet. By moe to dlatego, po zayciu tego wistwa, tak dobrze trafia ze swojego Hounting Rifle'a. Jego strza uderzy pociskiem pierwszego mutanta prosto w czoo. Supermutant zarycza jeszcze goniej z blu a na twarzy pojawiy si dynamicznie spywajce strugi krwi.
  Pewnie kade dziecko w Pnocnej Kaliforni, syszao opowieci o supermutantach. Niestety byy one o tyle straszne, co prawdziwe. Te "potwory" byy tak wytrzymae, e potrafiy znie naprawd silne rany i przey.
  Strzay posypay si z wwozu w kierunku wzniesienia, na ktrym choway si trzy gowy. Nietrafiajce pociski rozpryskiway kruche skay i unosiy w powietrze tumany piachu. Na dno wwozu pada deszcz maych odamkw skalnych. Haas wystrzeliwanych pociskw ani troch nie poszy stojcych brahminw, wida wytresowanych tak, by nie bay si hukw wystrzaw.
  Gowy supermutantw zniky, co zaowocowao stopniowym - w zalenoci od refleksu i szybkoci mylenia - wstrzymywaniem ognia.
  Korn, do tej pory skryty za jedn przyczep, czu, e to nie koniec. Nastaa denerwujca chwila rozgldania si i ciszy.
- To taki jeste odwany?! - burkn z szyderstwem Rokie, ktry przez cay czas sta odkryty, nie kryjc si. Zacza si mia.
  Na wzgrzu, w tym samym miejscu, gdzie jeszcze przed chwil wystaway trzy wcieke gowy, pojawia si stojca posta. By to trafiony uprzednio przez Noxa supermutant. Stwierdzenie, e nie mieli broni, okazao si bdem. Spory metalowy przedmiot z dug wystajc luf, odbi przez moment wiato soneczne.
- Bozar!!! - wrzasn Korn, tak gono, e kady zareagowa w odmienny sposb. Jedni rzucili si na ziemi, drudzy biegli chowa si za przyczepy a inni wczogiwali si pod nie.
  Seria z Bozara rozsypaa si chaotycznie po przyczepach. Opniona reakcja Rokie'go i jego powolne mylenie nie wyszo mu tym razem na dobre. Starajc si pokaza "jaki to on jest odwany", nie zdoa na czas rzuci si za przyczep. Upadajc przechwyci kilka kul, ktre poharatay mu lew rk. Pad w piasek za przyczep i jczc zalewa krwi piasek wok koa.
  Korn przyczoga si do niego i nie wiadomo skd wydoby dwa stimpaki. Slaver odwrci gow. Nie by miczakiem i nie przeszkadzao mu patrzenie na igy wbijane w jego strasznie poranionion rk, ale nie chcia patrze Kornowi w oczy. Nie mg wytrzyma ze zoci, blu i zdziwienia, e oto ten, ktrego on nienawidzi, teraz mu pomaga. Korn wida, nie myla o przeszoci. Wbij igy obydwu stimw w rk owcy niewolnikw. Ten zajkn z blu ale wiedzia, e stimpaki mu pomog, wic nie szarpa si, zamiast tego wczoga si pod przyczep.
  Tymczasem druga seria, wypluta ze stalowej rury Bozara, rozszarpaa na strzpy obydwa brahmniny, ktre cigny najwiksz przyczep. Na szczcie prawie kady kry si za, lub pod przyczepami.
  Kady wiedzia, e Bozar to bro z ktrej strza seri mona odda tylko dwa razy bez przeadowywania. Dlatego te wszyscy wiedzieli, e supermutant bdzie musia przeadowa swoj bro. Wtedy odpowiedzieli ogniem w kierunku napastnika. Ale jakie byo ich zdziwienie, gdy zamiast powolnego mutanta, przeadowujcego swoj bro, zobaczyli innego, ktry wanie skierowa wylot trzymanej na ramieniu rakietnicy, w sam rodek chaotycznej karawany. Nagle wszystkim przysza wielka ochota na to, by znale si jakie dwiecie mil w dowoln stron od tego miejsca.
  Ale jak wida nie kady mia problemy z zachowaniem zimnej krwi. Korn, ktry od momentu wykorzystania stimpack'w na Rokie'im, doskonale wiedzia, e nawet bezmylne mutanty potrafi czasem sprawia niemie niespodzianki, teraz sta obok przyczepy a jego bro bya wycelowana i gotowa do strzau.
  Rzadko chybia. Seria z jego pautomatycznego, dzisiciomilimetrowego SMB, rozprysa gow mutanta a rakietnica spada i stoczya si po skalistym zboczu, powodujc znaczny wzrost adrenaliny w obawie o przypadkowy, niechciany wybuch.
  Jaki jk dolecia do uszu Korna. Plemieniec szybko oblecia wzrokiem wszystko dookoa. Od strony, z ktrej wjechali do wwozu, w wim tempie posuwaa si gromadka Ghuli. Pociski wystrzeliwane z ich broni widroway powietrze. Zielona, przegnia skra, sprawiaa wraenie jakby zciekaa z ich prawie nagich szkieletw. Oni sami wygldali jak oywione trupy. Natomiast trzeci mutant cakiem wyszed zza ska i zacza zbiega ze skalistego zbocza z gracj brahmina uciekajcego przed Radskorpionem, przez co zdawao si, e dudnienie jego krokw byo goniejsze od huku wystrzaw. Korn posa w mutanta jeszcze kilka serii ale nie zday zobaczy efektu.
  Po raz pierwszy od wyruszenia z Redding, tribal cieszy si, e jego zbroja nie jest z papieru. Trzy kule trafiajce w najlepiej osoniony korpus, powaliy go na ziemi przy samej przyczepie. To byy kule wystrzelone przez ghuli. Zaraz obok niego wyldowaa, zielono-ta, potnie umieniona rka z kawakiem tuowia. W caej eskorcie, tylko wolnomylcy Icon, nie domyliby si od razu, e byy to resztki, jeszcze przed chwil zbiegajcego ze zbocza, supermutanta.
  Ghule zaskoczyy wszystkich, ale te nikt nie dawa im teraz zbyt duo minut ycia. A to dlatego, e ludzie salvatore, jakkolwiek nie najlepiej strzelajcy do ukrytego, odlegego celu, wietnie radzili sobie z nie tak bardzo odleg grup. Tym bardziej, e uwielbiali wystrzeliwanie w takie grupy caych magazynkw ze swoich Combat Shot-Gun'w.
  Tak te i po chwili do hukw i wistw doszy dwiki chlastanych pociskami, napromieniowanych cia Ghuli. Gdy tylko Korn przeadowa bro, natychmiast wychyli si znad przyczepy i wyjrza w stron z ktrej strzelay ghule. Ale tam nie byo ju ghuli. Mimo to made man'i i inni eskortujcy pruli z wszystkiego co mieli, nie szczdzc amunicji.
- Wstrzyma ogie!!! - rozleg si ledwo syszalny rozkaz Grega. Rozkaz ten powoli zosta wprowadzany w ycie.
  Kiedy opad ju wszdzie obecny kurz, a strzay umilky, ich oczom ukazay si porozrzucane szcztki, szcztkw ghuli. Gdzieniegdzie zielone kawaki skry i mini wyglday jak zgnia rolinno.
- Korn, Nox i Neth!! - zakomenderowa dowdca karawany - Dobijcie tego mutanta z Bozar'em!!
  Trjka wymienionych najemnikw szybko wbiega po zboczu w gr, w miejsce, gdzie przed chwil sypa si grad pociskw wysypywanych przez luf Bozar'a. By nie szczdzi ostronoci, Neth - mody jeszcze chopak pochodzcy z Modoc, zatrzyma si oparty o ska, tak by mc w por ustrzeli olbrzyma gdyby ten stara si wychyli znad krawdzi wzniesienia. To Nox i Korn mieli go umierci ale te i przy okazji wykurzy mutanta, by zakleszczy go w krzyowy ogie. Wszystko to wygldao jakby rozumieli si bez sw i przekazywali sobie swoje plany zabicia mutanta telepatycznie. Wida kady z nich mia ju swoje dowiadczenie na pustyni Pnocnej Kaliforni.
  Neth czeka, nerwowo trzymajc strzelb w pogotowiu. By kompletnym todziobem w sprawach karawan ale, jak sam twierdzi, podrowa ju troch po przekltej pustyni i wiedzia, e lepiej si czego ba ni z tym igra.
  Tymczasem Korn i Nox zniknli za skaami jak cienie, a wraz z nimi znikny dwiki ich krokw. W chwil pniej rozlego si kilka strzaw.
  Znad progu wzniesienia ukaza si Korn.
- Uciek! Szybko si porusza jak na mutanta. Jest ju daleko. Bro nie siga. - zabrzmia raport plemieca.- Nie umiecha mi si go goni. Ju nam nie grozi.
- A jeli wrci wraz z nowymi kompanami? - odrzek Greg. - Lepiej go dobijcie.
- Nie ma potrzeby, szefie. - powiedzia jeden z ludzi salvatore, podwadny Grega. - Lepiej, eby nikt nie opuszcza karawany.
- Dobra! - przywdca konwoju gniewnie spojrza w oczy swego podwadnego, a zaraz potem odwrci twarz i dziwnie umiechn si do Korna. - ale jeli ten niezabity przez ciebie mutant wrci z nowymi kolekami, to ty sam bdziesz ich wykacza. Zrozumiae?
- Tak jest. - odrzek sucho tribal.

  Rka Rokie'go bya ju obandaowana. Korn, niewiadomo skd, wydoby kilka banday i opatrzy slavera. Ten, wci rozwcieczony, stara si delikatnie da do zrozumienia "swojemu lekarzowi", e nie potrzebuje pomocy. Delikatnie, poniewa chcia tylko stworzy pozory. W rzeczywistoci wiedzia, e jeli mu na to nie pozwoli, to si wykrwawi. Tak czy inaczej rka wci bolaa a manipulowanie ni byo prawie niemoliwe, zupenie jak przy zamaniu. W tym wypoadku mg ju tylko broni si korzystajc z jednej rki, a przydatno najemnika - wedd zdania Grega - zmalaa. C w niewielu miejscach na wiecie, zdaali si jeszcze ludzie ktrych obchodzio czyje ycie. Oczywicie nikt nie mia zamiaru go zabija, ale byo jasne e nikt - po za ewentualnymi przyjacimi - nie bdzie nadstawia za niego karku w czasie walki. Tak wanie kady musia radzi sobie sam w tym powojennnym wiecie.
  Korn okaza si by jedynym z caej karawany, znajcym si cho troch na leczeniu. Oprcz Rokie'go ranny zosta te postrzelony przez ghule, jeden z made man'w. W zasadzie, ranny, to za mao powiedziane. Nie wygldao to z pocztku gronie, cho ranny by nieprzytomny. Niektrzy zdziwili si e Greg, ktry nie przejmowa si Rokie'm, swoich ludzi stara si utrzyma przy yciu jakby byli kim leprzym od innych najemnikw. Gdy nieprzytomnemu rozpito kurtk, dopiero zauwaono rozmiar sowa "ranny". Z siedmiu ran postrzaowych w brzuchu i klatce piersiowej, krew wypywaa jak fontanna. Greg nie zastanawia si dugo. Wycignowszy z kabury na kostce pistolet, przyorzy go do gowy rannego i odda umiercajcy strza.
  Prawie kady mia ze sob kilka stimpakw i rodki lecznicze. Najemnicy ktrzy znali si od dawna, zwykle dzielili si ze sob medykamentami. Za to Greg i inni ludzie Salvatore, ktrzy mieli po kilka super stimpakw kady, nie zamierzali si nimi dzieli z nikim. Korn powoli zacz zastanawia si czy warto jecha do New Reno. Jeli wszyscy s tam takimi materialistami, to moe go tam spotka wiele zego.
  Do strachliwych jednak nie nalea.
  Gdy ju mineo pune popoudnie, Greg nakaza wyruszenie Karawany w dalsz drog, by jak najszybciej opuci wwz i znale si w jakim kraterze skalnym, by tam rozoy obz i przenocowa. Tak te i w kilka minut po uprzgniciu wozu w nowe brahminy, konwj ruszy w dalsz drog i kiedy ju zaczo si na dobre ciemnia, znaleli jaki rozlegy krater wrd skalistych pagrkw, i tam postanowili przenocowa.

  Wieczr by dla eskortujcych rewanem za tego dniowe wydarzenia. Nie wiadomo skd, Neth, wycign z plecaka dwie butelki Rotguta, dziki czemu zasoby jego przyjaci powikrzyy si o prawie wszystkich najemnikw z eskorty. Na dodatek do, pomau rozkrcajcej si, imprezy, doczya talia kart i para koci ktre mia przy sobie Ronn, mieszkaniec New Reno ktry lubowa si w spdzaniu czasu w kasynie Desperado Wielkiego Jezusa Morodino z New Reno.
  Made man'i pogardzali towarzystwem pijcych najemnikw i trunkiem jaki spoywali. Woleli raczej zarzy sobie troch Jet'a przy wasnym ognisku i we wasnej kompani. Nox chcia od nich wybaga troch tego cierwa od ktrego by uzaleniony, ale po duszych pertraktacjach postanowili mu sprzeda jedn ampuk po obnionej cenie. Biedak kupi ale wola towrzystwo najemnikw ni ludzi Salvatore. Tak te i doczy do wesoej, zebranej wok jednego z ognisk, gromadki.
  Z najemnikw, nikt nie pogardza Rotgutem. Rokie take sobie nie aowa, i ju po kilku wikszych postanowi e nie bdzie czu ju do Korna adnej urazy. Nie chcia jednak tego okaza. Nie pozwalaa mu na to duma.
- Stawiam dwadziecia chipsw! - zakrzykn Ronn, demonstracyjnie rzucajc pienidze na rodek maego stosiku przedmiotw i pienidzy, jaki utworzyli grajcy.
- Dorzucam 10 naboji do Shot Gun'a! - Neth stara si go przebi.
- A ja stawiam sto tysicy! - rzek prawie picy, zapany Jet'em Nox. Nikt prawie nie zwraca na niego uwagi, bo kiedy by na fazie to bredzi bez sensu.
- To wistwo cie zabije Nox. - Korn przybra ton troskliwego kumpla.
- Ale ja musze polata. - odrzek ze miechem Nox.
- No! - do rozmowy wkrci si Bullog, ktry take by kiedy owc niewolnikw. Nie by jednak tak narwany jak Rokie. - I kiedy sobie polecisz przez to gwno. Do samego nieba. Dorzucam stima!
  Ronn zaja jeszcze raz w swoje karty.
- Sprawdzam! - przelecia wzrokiem po twarzach innych graczy. - Trzy asy i dwa krle.
  Miny pozostaych nagle zwidy.
- Niech cie szlag! - krzykn Rokie, ktry przez cay czas musia gra jedn rk.
- Ty chyba co tu mieszasz. - rzek z przeksem Neth. - wygrae ju trzeci raz.
- Wypluj to sowo chopcze. - odpar Ronn. - Ja nigdy nie oszukuje.
- No pewnie! - zamia si Bullog, ktry jako jedyny z caej grajcej ekipy, potrafi znie porak z umiechem na twarzy.
  Grali tak do punej nocy. Na warcie musieli sta made man'i bo cae towarzystwo najemnikw byo zbyt zajte i zbyt pijane.
  Rokie, wyszedszy za potrzeb z grona przy ognisku, doszed do jednego z wyszych gazw. Kiwajc si, spostrzeg jaki pomie kilkadziesit metrw dalej. Pomie ten by nie wielki i przez chwil wydawao si e wisi w powietrzu. Gdy w uamek sekundy puniej pomie rozjani si, Rokie rozpozna twarz Grega zapalajcego papierosa benzynow zapalniczk. Obok niego sta jeden z ludzi salvatore. Wygldao na to e obaj made man'i nie widz zaatwiajcego swoj potrzeb slavera.
  Gdy Rokie skoczy zaatwia potrzeb, skry si za ska by nie byo go wida. Chcia podsucha rozmow.
- Z tym dzikusem, mog by problemy Lynx. - rzek spojkojnie Greg, zacigajc si fajk i podajc j towarzyszowi. - Trzeba go bdzie zaatwi inaczej. Jest szybki i bystry jak na tribala. I co to w ogle za imie? Korn!
  Rokie, jakby szyderczo umiechn si. Sucha jednak dalej.
- Rzeczywicie. - odrzek towarzysz Grega nazwany Lynxem. - Jest jaki dziwny. Jakby... wyksztacony.
- Na dodatek, jako jedyny z najemnikw, ma stalow zbroje. Trzeba si bdzie go pozby podstpem.
- Mog zaj go gdy bdzie spa i podern mu gardo.
- A rano reszta najemnikw bdzie pyta. To nie najlepszy pomys.Takie dziaanie wzbudzi podejenia.
- Tranzakcji dokonamy rano a do New Reno dotrzemy w poodnie. Asysta najemnikw nie bdzie nam ju potrzebna, bo bdziemy mieli leprz bro. Na noc s nam jeszcze potrzebni. Cholera wie co nas moe w nocy spotka. - made man mwi dalej, ale szyderczy umiech znikna z twarzy Rokie'go, gdy sucha dalej. - Gdy ju dokonamy tranzakcji, bdziemy mogli si pozby zbdnej eskorty. A Jeli chodzi o dzikusa, to zabije go dzisiaj a ciao dobrze ukryj.
  Rokie pragn teraz wszystkich ostrzec. Nie nalea do tchrzy i zwykle nie zostawia swoich kompanw samemu uciekajc. Teraz te postanowi nie zrobi wyjtku. Ledwo tylko odszed od skrywajcej go skay, gdy usysza czyj krok. Nim jednak zdy si obrci, poczu na ustach silny ucisk apicych go doni. Jaka druga do uchwycia go za przedrami drugiej, zdrowej rki. Prba wyrwania si z ucisku, zakoczya si niepowodzeniem.
- Spokojnie! - usysza znajomy gos. - Ja te ich podsuchuje. Ucisk zagodnia. Gdy slaver obrcil gow zobaczy pospn twarz Korna.
- Cholera! - szepn Rokie. - Wystraszye mnie na mier.
- Nie miaem takiego zamiaru.
- Pewnie e nie miae.
  Plemie kiwn gow w stron Grega i jego rozmwcy. Ci spiskowali dalej.
- Jak kto zapyta - towarzysz Grega mwi dalej. - to powiesz e nie wiesz co si z nim stao, i e podejewasz ucieczk.
- Ten plan nie jest gupi Lynx. - Greg spoja chwalco na made man'a. - Teraz kady z nich troch wypi. Gdy ju zasn, to wtedy pjdziesz do tego dzikusa i rozszczepisz mu gardo. Tylko po cichu.
  Greg spali papierosa.
- Spadamy. - szepn Korn. Obaj ze slaverem wycofali si i odeszli na bezpieczn odlego.
- Co teraz? - zapyta Rokie.
- Id do chopakw i opowiedz im o wszystkim co tu usyszae. Ale ostronie, tak eby made man'i si nie zorientowali. Niech kady zachowuje si naturalnie.
- A ty plemiecu?
- Ja postaram si zaatwi tego ktry zadeklarowa si mnie zabi.
- A jeli ci zdajcy pozabijaj nas teraz?
- Nie zrobi tego. - Korn przybra gos peen pewnoci siebie. - Wci potrzebuj stray. Zrobi to dopiero po tej ich tranzakcji dziki ktrej zdobd jak specjaln bro. Niech nikt z najemnikw dzisiaj nie pi.
- Dobra. Przekae im to tribalu.
  Rozeszli si w swoje strony.

  Lynx za wszelk cen stara si bezszelestnie podej do lecego na kocu Korna. Mia szczcie. Plemieniec pooy si zdala od wszystkich. Nie przykrywa si niczym. Koc izolowa go od piasku i kamykw. Nagrzana promieniami soca zbroja, doskonale trzymaa uzyskane ciepo przez wikrz cz chodnej pustynnej, postnuklearnej nocy.
  Zbir zbliy si ju dostatecznie blisko. Po cichu wydoby z kieszeni, zawinity w szmat n.
- Teraz ci urzdze! - szepn.
  Korn jak byskawica uchwyci pdzc w kierunku jego szyji rk trzymajc n. Szybkim kopniakiem podchaczy napastnika i wywali na ziemi. Cicie jego wasnego noa, ktry trzyma w drugiej rce, przeci Lynxowi grdyk, by nie mg ju wyda z siebie krzyku. Zbir tylko bezradnie trzyma si rkami za szyje.
  Plemieniec wsta. Patrzy jeszcze przez chwil na umierajcego made man'a. Krew jak woda z kranu, laa si z jego czerwonej szyji.
  Gupiec - pomyla tribal.

  Dzie le si zapowiada. Korna i Rokiego nie byo nigdzie w nocnym obozie. Na miejscu gdzie spa plemieniec, znaleziono tylko lady krwi.
  Greg chyba ju wiedzia co zaszo. Skupi wok siebie wszystkich made man'w. Przeadowali gono bro. Najemnicy pokiwali do siebie gowami w milczeniu i zabrali si kilkanacie krokw naprzeciwko.
- Ta karawana od pocztku czym mi mierdziaa! - burkn Bullog.
- Nie wiem o czym mwisz. - Greg umiechn si dyplomatycznie.
- O twojej tajemniczej tranzakcji Fagasie! - odpowiedzia Neth.
  By mody wic i porywczy.
- O! - przywdca karawany umiechn si teraz zoliwie. - Widz e nastpi jaki przeciek. Mogem si tego spodziewa skoro Lynx nie wrci. Ale o tym gdzie i po co poszed pewnie te ju wiecie. I co z tego? Mylicie e jestecie tacy przebiegli?
- Wida bardziej przebiegli ni mylae - wtrci swoje Ronn.
- Zdziwilibycie si, wiedzc co sobie mylaem zatrudniajc was. Ale owszem, nie spodziwaem si tego co spotkao Lynxa. O ile znaleziona przeze mnie krew, nie jest krwi tego dzikusa Korna.
- W takim razie, - zoliwie zauway Bullog - gdzie jest ten twj zasrany Lynx?
- Przypuszczam e nie yje. Ale jakie ma to znaczenie dla was, jeli nie takie e za chwile spotka was to samo. A jeli idzie o Korna, to pewnie was ola, i jest gdzie daleko na puss... - Nie dokoczy.
  Tak brzmia ostatni dwik dobyty ze strun gosowych Grega, przywdcy karawany. Kula wystrzelona z pautomatycznego pistoletu Korna trafia w sam szyj, przedostaa si przez tchawic a nastpnie przebia rdze krgowy w krgach szyjnych i wyleciaa z drugiej strony. aden czowiek by tego nie przey i Greg nie stanowi wyjtku.
  Na wyrastajcym kilkadziesit krokw za made man'ami wyniesieniem skalnym, zupenie jak posg, sta Korn trzymajc w rku swojego SMB.
- Bliej ni mylisz. - rzek.
  Najemnicy otworzyli ogie jednoczenie starajc skry si za przyczepami i skaami. Made man'i dopiero teraz zauwayli w jak strasznej znaleli si puapce. Przed nimi znajdowali si najemnicy lutujcy w nich ca armad kul, za nimi znajdowa si Korn ktry dziki swojej celnoci i opancerzeniu spokojnie wystarcza za dwch.
  Nim ludzie salvatore zdyli odda strza, jeden z made man'w lea z rozstrzelonym mzgiem a drugi zwija si z blu trzymajc krwawicy kikut lecej kawaek od niego jego wasnej odstrzelonej rki. Trzech pozostaych kompletnie stracio nadzieje.
  Jeden odrzuci bro i unius rce do gry. Inni poszli za jego przykadem. Korn rozumia e chc si podda, eby tylko uj z yciem. Najemnicy take to zrozumieli. Ale ich oczy nie znay litoci. Przed chwil byli tacy twardzi, pomyla Bullog, a teraz si osrali i chc si podda? O nie.
  Rzeczywicie, w powojennej Kaliforni prawie nieznane byo sowo lito. Jedni usprawiedliwiali si rzdz przetrwania: Albo ja zabij jego, albo on zabije mnie. Inni po prostu nie zaznali nigdy litoci. Ale jedni i drudzy nie chcieli jej po prostu okazywa. Utaro si bowiem e lito to oznaka saboci.
  Kiedy ju aden z made man'w nie stanowi zagroenia, najemnicy wychylili si zza ukrycia. Korn take.
  Ku ich zdziwieniu zauwayli na choryzoncie jaki duy, leccy obiekt. Obiekt lecia w ich kierunku wydajc z siebie charakterystyczny dwik przypominajcy bzyczenie komara.
  Stalowa machina przypominajca tego owada zatoczya nad nimi koo i po chwili wyldowaa za wzniesieniem. Wirujcy nad pojazdem wirnik okaza si by rdem chaasu. Ale po wyldowaniu chaas wci by syszalny co oznaczao e zapewne wirnik nie zosta wyczony.
- Korn! - odezwa si Ronn. - pierwszy raz widz taki pojazd. Co to za jedni?
- Nie wiem. - odpowiedzia plemieniec nie kryjc niepewnoci. - Starsza wioski z ktrej pochodz, opowiadaa mi o latajcych maszynach wybudowanych przez ludzi jeszcze przed wojn. Lepiej z nimi pogadajmy.
- Sam sobie z nimi gadaj! - odezwa si Rokie, leacy na wzniesieniu i obserwujcy. - Z tej machiny wysiado dwch goci. Wygldaj jak czarne, stalowe puszki. Lepiej spieprzajmy std.
- Nie ma sensu. - zauway Korn. - Ta ich machina dogoni nas wszdzie. Powiedz co robi?
- Stoj. Jakby na co czekali.
- Tak jak mylaem. To z nimi Greg chcia dokona tej jakto si nazywa? Trakcji? - zapyta plemiec z pewnym zakopotaniem. Dopiero teraz zaczo wychodzi na jaw e nie jest obeznany z cywilizacj. Cho jej mierna namiastka egzystujca w Kaliforni prawie nie zasugiwaa na to miano.
- Tranzakcja! - poprawi Nox. - Tak jakby kto da mi Jet a ja dabym mu za to szmal. Po prostu wymiana.
- A wic musimy mie dla nich albo "Jet" albo "szmal". Jak maj si nasi handlowcy?
- Dalej stoj. S jak roboty! - zameldowa Rokie. - Co mnie podkusio by zosta ochroniaem karawan?
- wietnie si skada. Szybko! Przeszukajmy przyczepy! - zakrzykn plemieniec.
  Uwinli si w minut. W mniejszych dwch przyczepach znaleli tylko pojemniki z brykami zota i kilka kopalnianych adunkw wybuchowych. Tylko trzecia, najwiksza przyczepa przykrywana przez cay czas plandek, zaadowana bya szklanymi zbiornikami wypenionymi jakimi chemikaliami. Nikt nie mia zamiaru sprawdza co to za chemikalia.

- Dlaczego trwao to tak dugo? - posta w stalowym kombinezionie, mia nie wyrany gos. Brzmia jakby mwiony przez radio. Twarzy rozmwcy nie mona byo dostrzec a jedynym znakiem tego e posta mwia byy ruchy gowy osonitej stalowym chemem. Obie postacie wyglday jak roboty i doskonale pasoway do pojazdu jakim si poruszay.
- May problem ze zbdnymi ludmi. - Korn za wszelk cen stara si ukry drenie rk. - Ju rozwizany.
- Macie to co zamawialimy? - zapytaa druga posta. Gos by prawie identyczny.
- W tej przyczepie. Zaraz kae chopakom to zaadowa. - Plemieniec spoja w twarz Nox'a ktry wraz z Neth'em jako jedyni odwayli si wyj razem z nim na spotkanie "dwm puszkom".
- Nie ma potrzeby. - Cho twarz mwicej to postaci nie bya widoczna, to Korn zauway w jej gosie nute umiechu. - Sami si tym zajmiemy.
- A czy wy macie to czego chcielimy? - Zapyta Korn.
- Pistolety Laserowe. Dziesi sztuk plus amunicja.
  Z machiny jak przylecieli blaszani gocie, wypezn nagle dziwnej konstrukcji robot przypominajcy omiornic. Wygldao na to e unosi si lekko w powietrzu. W swoich mechanicznych ramionach taszczy niewielk blaszan skrzynk. Podlecia do Korna i przekaza mu j. Korn nie zastanawiajc si odebra cik paczk od robota. W oczach towarzyyszcych mu Neth'a i Nox'a zauway jak dziwn przestrog i upomnienie. Niestety za puno.
- Wiedziaem e te psy nie s od Salvatore! - wysapaa jedna z postaci, dobywajc dziwnej broni: niewielkiego - w porwnaniu z wacicielem - biaego pistoletu.
  Plemieniec nie zastanawiajc si rzuci blaszan skrzynk celujc w niego rke trzymajc pistolet.
- Wiejemy!! - zakrzykn na towarzyszy. Ci uciekali ju ile si w gr wzniesienia, jakby znali myli Korna o wiele wczeniej.
  Nox nie zdy. Wiadome powszechnie byo, e Jet powoduje spowolnienie ruchw u uzalenionych nim osb. A Nox do takich osb nalea. Trafiony wietlistym, czerwonym pociskiem jakie wypluwaa lufa biaego pistoletu, zosta dosownie rozpoowiony w pasie. Jego krzyki zniky tak nagle jak si pojawiy.
- Przywdca nigdy nie plami si prac fizyczn jeli moe za niego wykona j podwadny!!! - zaskrzecza niewyranie gos strzelajcej postaci.
  Tymczasem Neth i Korn ju byli za wzniesieniem, dzikujc wasnemu szczciu, za to e pociski wystrzeliwane za nimi, ani troch ich nie drasny.
  Zza wzniesienia wynyli si nagle najemnicy "dajc czadu" ze wszystkiego co mieli. Przerazili si widzc e stalowa posta idzie w ich kierunku, niczego nie orbic sobie z ich strzaw. Kule z iskrami odbijay si od pancernej zbroji jak nosia posta przypominajca swym chodem robota.
  Z ratunkiem przyby nagle Ronn, ktry wycignwszy zawleczk z granata ktrego zwykle nosi przypitego do pasa, cisn nim prosto pod nogi "pancernego". Ten chyba zauway granat, ale wida nie przej si nim wcale pokadajc nadzieje we wasn wiedz o zbroji jak na sobie nosi.
  C, zbroja wytrzymaa sam wybuch. Ale odrzut by tak wielki, e stalowego gocia, odrzucio momentalnie w gr tak niefortunnie e stalowy wirnik zazgyta jak kosiarka do trawy w momencie gdy posta w stalowej puszcze pwada w jego zasig a czci zarwno postaci jak i zbroji rozsypay si na naprawd dalekie odlegoci.
  Drugi chyba jaki przywdca, bo do tej pory sta jedynie przygldajc si zdaeniom, wydoby z kabury na plecach, ciekawej konstrukcji dug bro. Bro ta wygldaa jak jaki karabin lub strzelba, ale jej lufa i komora, byy jakby zrobione z cigu duych, srebrzystoszarych kuli bilardowych. Wycelowa ni w najemnikw skrywajcych si na wyniesieniu, ale zdziwi si widzc e nagle pierzchaj i chowaj za wyniesieniem. Uwierzy z pocztku e przestraszyli si jego broni.
- Niebespieczestwo! - robot przypominajcy omiornic roziwa jednak t teori - Materia wybuchowy wykryty!
  "Bum" nastpio zanim jeszcze stalowy go zdy zrozumie co zameldowa robot. Wraz z chemikaliami, robotem i owym gociem, wybuch ogarn take machin przypominajc owada. Pomienie wzbiy si w gr i rozjaniy i tak jasny poranek.
  Wszechobecny chaas a po chwili jedynie unoszcy si dym, przywiody na myl pozostajc w niedalekiej przeszoci wojn. Tak dziwn e nie byo w niej zwyciscw a jedynie przegrani. Na szczcie byo ju po wszystkim, tak jak i teraz.

- Dokd teraz si wybierasz tribalu? - Rokie przybra pytajcy wyraz twarzy. Teraz nawet duma nie przeszkadzaa mu normalnie rozmawia z Kornem.
- Sam nie wiem. - odpowiedzia Korn. - Wszdzie tam gdzie mog znale choby cien informacji o GECK lub Krycie Trzynastej.
- Jeli szukasz informacji o kryptach to radz ci uda si do Voult City. Moe tam znajdziesz to czego szukasz.
- Dziki. A ty co masz zamiar teraz robi? - plemieniec przybra wyraz twarzy wyranie mwicy: "skocz z apaniem niewolnikw".
- Wiem o co ci chodzi. Ale nie licz na to. Takim jak ja ciko si zmieni. Prbowaem pracowa jako ochrona karawan. Ale widz e to nie jest zajcie dla mnie.
- Cokolwiek zrobisz, nie miej wicej mylnego zdania o nas. Znaczy si, o tribalach.
- Tak. Ta przygoda nauczya mnie troch o was. Potraficie mie lito. Ale ja nie mog si po prostu zmieni Korn. Jestem bydlakiem, i nie umiem y inaczej ni bydlak.
- Zawsze moesz jednak sprbowa.
- Sam jeszcze nie wiem. To zajcie dobrze patne, ale moralnie nie do obrony. W cholere z tym. Jeszcze si zobaczy. Do zobaczenia tribalu!
- Trzymaj si Rokie!